wtorek, 16 stycznia 2018

Łyżka, różańce i Himalaje obłudy, czyli rzecz o Potworze

 - Przestań wreszcie p o d r z u c a ć mi do zlewu tę brudną łyżkę!

     Zamykam książkę, biorę głęboki oddech, napominając się w duchu, by nie podnieść głosu, bo mam do czynienia ze wszechmistrzem manipulacji polegającej na uczynieniu z siebie, agresora, niewiniątka i ofiary.
     Najwyraźniej nie wolno mi wkładać do zlewu naczyń, których używam, podobnie jak nie wolno mi siadać na jej łóżku (sama nie jest szczuplejsza ode mnie) i setki innych rzeczy, na zabranianie których Czytelnik, idę w zakład o słynny banknot 500zł, by nie wpadł. Zwłaszcza, że mam 32 lata, a nie 8.
     Podnoszę z trudem swe tłuste dupsko i kieruję się do kuchni, gdzie wyjmuję rzeczoną łyżkę, mokrą, z kubka z płatkami śniadaniowymi (sic!) i spokojnie zadaję pytanie retoryczne:

- Jak ty zostawiasz śmieci na całym blacie od zlewu po kuchenkę i niszczysz każde opakowanie zapałek, które tam położę, to przecież w porządku, nie?
- Ja te śmieci wyrzucam! I po tobie jeszcze gówna różne!
- Słucham?
- No, różne.
- Nie, moment, co konkretnie TY po MNIE wyrzucasz? - pytam, przypominając sobie, że to ja w gumowych rękawicach przywracam w miarę do stanu używalności przestrzeń, o której mowa.
- Ryż, makaron... - odpowiada wstrząśnięta, jak zawsze, faktem, że śmie się jej zwrócić uwagę.
 
     Wychodzi z kuchni. Przelatuję wzrokiem po kupce odpadków, którą tradycyjnie ulokowała w rogu zlewu, ale nie widzę w niej ani ziarna ryżu, ani krztyny makaronu, widzę za to głównie resztki jabłek z jej kompotu i inne nieciekawe rzeczy. Obok zostawiła skorupkę po jajku i dwa zużyte inhalatory.
     Tak, Potwór jest astmatykiem. Takim astmatykiem z prawdziwego zdarzenia, nie jak Marit Bjoergen. Nie leczonym przez pół życia dzięki słusznie minionemu ustrojowi (który jednak wspomina z sentymentem, bo dziadkowie biedni nie byli i jako jedynaczka miała wszystko); nie może robić wielu rzeczy i nie oczekuję tego.
Jednak, wedle mojego stanu wiedzy, astma nie upośledza mięśni rąk i nie czyni człowieka niezdolnym do wrzucenia czegoś do kosza.

     I tak jest z tysiącem drobnych spraw. Jestem jej jedynym dzieckiem, jedyną istotą odgradzającą ją od pełni samotności, z którą nie umie sobie radzić do tego stopnia, że nigdy nie spędziłam Sylwestra poza mieszkaniem (celowo używam tego słowa, domu to ja nigdy nie miałam), chociaż wyobrażam sobie, że dobra matka powiedziałaby z uśmiechem 'Idź i baw się dobrze'. Nie mam w M2 własnego pokoju, bo ów należy się tylko 'dzieciom, by rodzice mogli spokojnie współżyć'. Nie ma Potwór żadnej dalszej rodziny, wiem, że to dziwne w tym kraju, ale prawdziwe. Kto mógł, to uciekł od niej, ale to nie wywołuje w niej nawet najmniejszej refleksji nad samą sobą, a za przyczynę tego stanu rzeczy uważa pieniądze, przed pożyczaniem których rzekomo miałyby się wzdragać jej koleżaneczki, chociaż, moim skromnym zdaniem bardziej chodzi o to, że nikt nie lubi być ciągany po sądach przy okazji cudzego rozwodu, zwłaszcza, gdy nie ma czym bronić osoby, przez którą w większej części do niego doszło.
     Dopóki nie usunął się jej finansowy grunt spod nóg, nie chodziła do kościoła. Od tamtego momentu do dziś klepie różaniec 2x dziennie + Koronkę do Miłosierdzia, i nie widzi najmniejszego problemu w łączeniu tego z traktowaniem mnie jak psa, bo wie, że nie mam dokąd odejść, przynajmniej nie na stałe...

     Uważa się za szczodrą (jak łatwo szafować pieniędzmi, których się nie zarobiło :D ) i faktycznie, póki się uczyłam nie brakowało mi słodyczy, owoców i innych dobroci, ale potem zaczęło się wymawianie z wyliczaniem...To pewnie dlatego, mój drogi D., tak intensywnie myślę o hajsie, który wydałeś na wszystkie prezenty dla mnie...Boli mnie, kiedy wracasz ustawicznie do kwestii odwiedzenia mnie w mieszkaniu, zrozum wreszcie, że boję się konsekwencji z jej strony, bo nie potrafię ich przewidzieć. Lista rzeczy, których nie należy mówić i robić, by uniknąć awantury, nigdy się nie zamknie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz