poniedziałek, 15 stycznia 2018

Szpagat imposybilizmu, czyli jak zabija fobia społeczna

      Najkrótsza odpowiedź brzmi: powoli.
     Prawie tak powoli, jak samo życie, chyba, że przyplącze się jakiś nowotwór czy inny szajs, o czym fobik się nie dowie, bo przecież nie pójdzie nawet na rutynowe coroczne badanie krwi, nie mówiąc o innej profilaktyce. Tyle co do ciała.
     Co do ducha, idzie błyskawicznie. Wystarczy rok pochodzić z tą kurwą na rozmowy kwalifikacyjne, by po wszelkiej motywacji i nadziei na lepsze życie został konglomerat powojennej Hiroszimy, Drezna, Warszawy i nieszczęsnej skoczni w Sarajewie.
    Mając arachnofobię można unikać pająków bez większego uszczerbku na jakości egzystowania. Podobnie z innymi fobiami, w których stresorami są rzeczy będące tylko drobnym elementem złożonego świata. Ludzi uniknąć ciężko.
     To nie tak, że chcę umniejszać czyjekolwiek cierpienie. Naprawdę nie. Jednak inne zaburzenia i patologie są o tyle lepsze, że albo umierasz, albo zrobisz coś z sobą, bo Twoja przypadłość szkodzi innym, jeśli już nie fizycznie, to emocjonalnie, i zostajesz zmuszony do leczenia. Tak jest z alkoholizmem, narkomanią, anoreksją, bulimią, schizofrenią, psychozą maniakalną, depresją, autyzmem...
     Fobia zostawi Cię w bolesnym szpagacie między lepszym życiem a śmiercią, bo szkodzi tylko samemu posiadaczowi. Bo nie słyszy on głosów i nie gada do siebie w autobusie, nie jest agresywny itd., ale nie da też dość odwagi, by wybrać rozwiązanie ostateczne.
Leki? Biorę. To znaczy, chwilowo nie biorę, wskutek niewartej przytaczania historii (też wynikającej wprost z posiadania F40.1) mam dwa miesiące przerwy, ale wrócę, bo stępiają uczucia. Śmieszą mnie fobicy, z którymi czasami zdarzało się klikać, mówiący, że szkoda wątroby, że chemia, że trucizna...Zalewanie robaka i odpalanie szluga od szluga to przecież lepsza terapia...
     A o, właśnie, terapia, drugia odnoga leczenia fobii społecznej. Nie wybieram się.
     Dlaczego? Są trzy powody.
     Pierwszy to ten, że w dzieciństwie ustawicznie prowadzano mnie do psychologów, których serdecznie znienawidziłam, bo żodyn, ale żodyn, nie wpadł na to, że to z moimi protoplastami, ludźmi niegodnymi nazywania ich tym słowem na 'r', jest coś nie tak, a moje zachowanie jest tylko odbiciem ich postępowania. Opartego zresztą w sporej części o bicie (do krwi, po głowie itp., żadne tam wychowawcze klapsy, bo 'byłaś złym i nieznośnym dzieckiem i nie można było sobie inaczej dać z tobą rady'). Jedno co umieli psycholodzy, to wymuszać na mnie wyznania, czemu jako jeszcze niewprawne intelektualnie dziecko (jak każde zresztą) nie umiałam dać odporu, i powtarzanie ich tym dwojgu.
     No ale dobrze, przecież to było 25 lat temu, jesteś dużą dziewczynką i może warto spróbować?
     Nie, nie warto.
     Powód drugi - brak gwarancji. Jak w każdej trerapii. Bolesny, długi proces wyłażenia z okowów lęku (kto, do kurwy nędzy, ma prawo mówić komukolwiek, co jest strachem a co lękiem, i czego mam prawo się bać a czego nie?) wcale nie musi zakończyć się powodzeniem, co zresztą wiem od innych fobików, którzy podjęli ten trud.
I wreszcie powód trzeci - Potwór. Istota, z którą mam nieszczęście dzielić kwadrat bez możliwości ucieczki nawet, gdybym miała środki finansowe. Moja najbliższa rodzina, ale wyłącznie na papierze. Mogłabym nakurwić o niej elaborat o objętości pracy licencjackiej, więc sobie daruje, musi Czytelnik wierzyć na słowo, że jest to osoba zdolna w 5 minut obrócić w perzynę wszystko, cokolwiek na takiej terapii udałoby mi się wypracować. Lepiej nie spadać z wysokiego konia.

     Po co to wszystko piszę? No cóż, wierzę w inteligencję Czytelnika, a siebie oszukać nie umiem, więc pora przyznać, że dla osiągnięcia nieznacznej ulgi, choć wiem, że to żałosne, niskie, brudne i co tam bądź, ale przyświeca mi jeszcze drugi cel.
     Jeśli nie masz jeszcze dzieci, proszę, zastanów się nad sobą. Nad tym, co przeżyłeś, co przecierpiałeś, i zastanów się, czy byłbyś dobrym rodzicem. Nie mówię, że zaburzenie czy choroba dyskwalifikuje człowieka w tej roli, nie mówię, że kategorycznie, absolutnie, powinieneś jutro iść się wykastrować/podwiązać jajniki.
     Po prostu się zastanów.
Myślenie w kategoriach 'ja nie będę taki jak moi rodzice' to pobożne życzenie, zło wraca, zanim się obejrzysz i zdążysz zorientować.
Dziecko nie leczy złamanego życia.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz