Najkrótsza odpowiedź brzmi: powoli.
Prawie tak powoli, jak samo życie, chyba, że przyplącze się jakiś
nowotwór czy inny szajs, o czym fobik się nie dowie, bo przecież
nie pójdzie nawet na rutynowe coroczne badanie krwi, nie mówiąc o
innej profilaktyce. Tyle co do ciała.
Co do ducha, idzie błyskawicznie. Wystarczy rok pochodzić z tą
kurwą na rozmowy kwalifikacyjne, by po wszelkiej motywacji i nadziei
na lepsze życie został konglomerat powojennej Hiroszimy, Drezna,
Warszawy i nieszczęsnej skoczni w Sarajewie.
Mając arachnofobię można unikać pająków bez większego
uszczerbku na jakości egzystowania. Podobnie z innymi fobiami, w
których stresorami są rzeczy będące tylko drobnym elementem
złożonego świata. Ludzi uniknąć ciężko.
To nie tak, że chcę umniejszać czyjekolwiek cierpienie. Naprawdę
nie. Jednak inne zaburzenia i patologie są o tyle lepsze, że albo
umierasz, albo zrobisz coś z sobą, bo Twoja przypadłość szkodzi
innym, jeśli już nie fizycznie, to emocjonalnie, i zostajesz
zmuszony do leczenia. Tak jest z alkoholizmem, narkomanią,
anoreksją, bulimią, schizofrenią, psychozą maniakalną,
depresją, autyzmem...
Fobia zostawi Cię w bolesnym szpagacie między lepszym życiem a
śmiercią, bo szkodzi tylko samemu posiadaczowi. Bo nie słyszy on
głosów i nie gada do siebie w autobusie, nie jest agresywny itd.,
ale nie da też dość odwagi, by wybrać rozwiązanie ostateczne.
Leki? Biorę. To znaczy, chwilowo nie biorę, wskutek niewartej
przytaczania historii (też wynikającej wprost z posiadania F40.1)
mam dwa miesiące przerwy, ale wrócę, bo stępiają uczucia.
Śmieszą mnie fobicy, z którymi czasami zdarzało się klikać,
mówiący, że szkoda wątroby, że chemia, że trucizna...Zalewanie
robaka i odpalanie szluga od szluga to przecież lepsza terapia...
A o, właśnie, terapia, drugia odnoga leczenia fobii społecznej.
Nie wybieram się.
Dlaczego? Są trzy powody.
Pierwszy to ten, że w dzieciństwie ustawicznie prowadzano mnie do
psychologów, których serdecznie znienawidziłam, bo żodyn, ale
żodyn, nie wpadł na to, że to z moimi protoplastami, ludźmi
niegodnymi nazywania ich tym słowem na 'r', jest coś nie tak, a
moje zachowanie jest tylko odbiciem ich postępowania. Opartego
zresztą w sporej części o bicie (do krwi, po głowie itp., żadne
tam wychowawcze klapsy, bo 'byłaś złym i nieznośnym dzieckiem
i nie można było sobie inaczej dać z tobą rady'). Jedno co
umieli psycholodzy, to wymuszać na mnie wyznania, czemu jako jeszcze
niewprawne intelektualnie dziecko (jak każde zresztą) nie umiałam
dać odporu, i powtarzanie ich tym dwojgu.
No ale dobrze, przecież to było 25 lat temu, jesteś dużą
dziewczynką i może warto spróbować?
Nie, nie warto.
Powód drugi - brak gwarancji. Jak w każdej trerapii. Bolesny, długi
proces wyłażenia z okowów lęku (kto, do kurwy nędzy, ma prawo
mówić komukolwiek, co jest strachem a co lękiem, i czego mam prawo
się bać a czego nie?) wcale nie musi zakończyć się powodzeniem,
co zresztą wiem od innych fobików, którzy podjęli ten trud.
I wreszcie powód trzeci - Potwór. Istota, z którą mam
nieszczęście dzielić kwadrat bez możliwości ucieczki nawet,
gdybym miała środki finansowe. Moja najbliższa rodzina, ale
wyłącznie na papierze. Mogłabym nakurwić o niej elaborat o
objętości pracy licencjackiej, więc sobie daruje, musi Czytelnik
wierzyć na słowo, że jest to osoba zdolna w 5 minut obrócić w
perzynę wszystko, cokolwiek na takiej terapii udałoby mi się
wypracować. Lepiej nie spadać z wysokiego konia.
Po co to wszystko piszę? No cóż, wierzę w inteligencję
Czytelnika, a siebie oszukać nie umiem, więc pora przyznać, że
dla osiągnięcia nieznacznej ulgi, choć wiem, że to żałosne,
niskie, brudne i co tam bądź, ale przyświeca mi jeszcze drugi cel.
Jeśli nie masz jeszcze dzieci, proszę, zastanów się nad sobą.
Nad tym, co przeżyłeś, co przecierpiałeś, i zastanów się, czy
byłbyś dobrym rodzicem. Nie mówię, że zaburzenie czy choroba
dyskwalifikuje człowieka w tej roli, nie mówię, że kategorycznie,
absolutnie, powinieneś jutro iść się wykastrować/podwiązać
jajniki.
Po prostu się zastanów.
Myślenie w kategoriach 'ja nie będę taki jak moi rodzice'
to pobożne życzenie, zło wraca, zanim się obejrzysz i zdążysz
zorientować.
Dziecko nie leczy złamanego życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz