środa, 17 stycznia 2018

Moje z japońskimi skokami życie

      Zastanawiałam się nad tytułem tego wpisu, ale już tyle razy nazwano Noriaki Kasai 'żywą legendą', 'latającym samurajem/kamikadze', 'fenomenem, który w wieku 45 lat bla bla bla...', że nie umiem się wysilić na coś więcej. Dunno, gorszy dzień może ma mój mózg :P.
Wpis będzie sentymentalny, emocjonalny, babski. Panowie, złaknieni merytorycznych rozważań o kombinezonach, przelicznikach za wiatr, statystykach, przyczynach długowieczności rzeczonego osobnika nie mają czego szukać (skądinąd, pisałam o nich w komentarzu do jakiegoś filmu na YT).

     Ad rem. Za fankę Kasai uważam się od 4 lat.
     Gdy debiutował w PŚ miałam 3 latka, więc nawet nie mam prawa tego pamiętać, a zresztą chyba wtedy jeszcze Eurosportu PL nie było, a o skokach przez cały sezon w TVP nie śnili nawet najwięksi wizjonerzy. Mój Dziadek lubił tę, wówczas więcej niż niszową, dyscyplinę i oglądał Turniej Czterech Skoczni, więc i mała Kasia czasem się na to pogapiła :).Nie pamiętam też, jak Kasai zdobywał MŚ w lotach w 1992r.
     Nieco później zadurzyłam się w starych anime, emitowanych na nieistniejącym już od dawien dawna kanale Polonia 1, zaczęłam interesować się kulturą japońską, a że w tym samym czasie wielkie sukcesy zaczęli odnosić skoczkowie z tego kraju, to im, wobec mizerii naszych zawodników, kibicowałam żarliwie i gorąco, wymachując przed telewizorem własnoręcznie nabazgraną flagą Nipponu z nazwiskami zawodników (oczywiście w zapisie rōmaji), jak gdyby to mogło cokolwiek dać :)).
     Kasai nie istniał wtedy dla mnie. Farbował się na blond jak jakiś pajac :D, a moje serce było zarezerwowane dla Funakiego, mistrza stylu w locie i - co nie bez znaczenia dla dziewczęcia 12-letniego - posiadacza przepięknego uśmiechu :)). Jeśli ktokolwiek z reszty stawki miał dla mnie jakiekolwiek znaczenie, to byli to pozostali członkowie kadry, zdobywającej medale w Nagano i na MŚ w Ramsau w 1999r.: wiecznie radosny Harada, Okabe czy Miyahira.Ba! Nawet nienawidziłam Noriego! Całe cztery godziny, bo potem doszłam do wniosku, że nie da się go nie lubić, a powodem było to, że w ostatnim konkursie sezonu 98/99 wyprzedził Funakiego w klasyfikacji generalnej, spychając go z przysłowiowego 'pudła'. Nie pamiętałam tego, przeglądany jakiś czas temu pisany we wczesnej nastoletniości dziennik mi to przypomniał, miałam dać fotę, ale bazgroliłam tak, że żaden retusz nie pomoże :D.
     Internety w Polsce były wtedy w powijakach, to była droga impreza, do której nie miałam dostępu, więc dopiero półtorej dekady później dowiedziałam się, że w tamtym czasie Nori walczył z rozpaczą po śmierci matki, która była mu szczególnie bliska wskutek indyferentyzmu wychowawczego jego ojca i zmarła w rok po pożarze ich domu, i z chorobą siostry (Kumiko odeszła po latach walki z białaczką w 2016r.). Nie było wiadomo, czy nie rzuci skoków w ogóle, z powodów finansowych.
     Następne lata w skokach to dla mnie początek Małyszomanii i zastanawianie się, gdzie podział formę Funaki, bo żal ogarniał patrząc na to, co robi na skoczni, choć nigdy nie przestałam w niego wierzyć, bo czy nie taki powinien być kibic? Jeszcze w 2003r. udało się drużynie z nim i z Kasai w składzie zdobyć srebro (Kasai także brąz indywidualnie), w 2005r. jeszcze ostatni raz, co tu dużo mówić, przypadkowo udało się Funakiemu wygrać zawody PŚ na dobrze znanym sobie obiekcie w Sapporo, i było po jego karierze.
     Kolejna niemal dekada to zapaść japońskich skoków. Konkursy nadal oglądałam, bo Małysz, wiadomo, ale gdy i ten odwiesił narty na kołek, zaczęło się takie 'no obejrzę, co mam lepszego do roboty, tyle lat przecież oglądam', ale emocji specjalnych to w tym nie było. Widząc Nori na belce na początku każdego kolejnego sezonu myślałam tylko: 'To on jeszcze skacze?' :)
     I tak to trwało do styczniowego popołudnia 2014r., gdy leżałam skacowana po swoich urodzinach, ale aż się uniosłam ze zdumienia na wyrku widząc, że ten 41-letni wówczas Japończyk wygrywa konkurs lotów narciarskich w Tauplitz - Bad Mitterndorf.
     Emocje związane ze skokami wróciły do mnie miesiąc później, gdy Stoch zdobył złoto, a Kasai srebro na IO w Soczi. Do reszty serce na lewą stronę wywinął mi konkurs drużynowy, w którym skośnoocy zdobyli brąz, a Kasai płakał przed kamerą ze szczęścia, że mógł zdobyć medal wespół z Taku Takeuchi, który jeszcze na początku roku leżał w szpitalu z rozpoznaniem eozynofilowego ziarniniakowego zapalenia naczyń i jego występ w Rosji stał pod dużym znakiem zapytania.
     Facet po czterdziestce, przedstawiciel narodu, w którym publiczne okazywanie emocji nie jest zbyt mile widziane, w którym to jemu, jako nestorowi kadry, należy się największy szacunek i niemal cześć, nie cieszył się z własnego osiągnięcia życia tak, jak z sukcesu, po który sięgnął z chorym przyjacielem.

     Czy trzeba większego dowodu, że to nie tylko świetny sportowiec (choć, oczywiście, są więksi od niego w tej dyscyplinie), ale i dobry człowiek? Zawsze pogodny, zadowolony, serdeczny, szanowany i lubiany przez chyba wszystkich kibiców i zawodników. Przetrwał wszystkie zawirowania życiowe i stał się inspiracją dla wielu sportowców.
    
 A dla mnie? Dla mnie jego obecność w zawodach jest radością, która na te kilkadziesiąt sekund czyni życie mniej złym.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz