Zastanawiałam się nad tytułem tego wpisu, ale już tyle razy
nazwano Noriaki Kasai 'żywą legendą', 'latającym
samurajem/kamikadze', 'fenomenem, który w wieku 45 lat bla bla
bla...', że nie umiem się wysilić na coś więcej. Dunno,
gorszy dzień może ma mój mózg :P.
Wpis będzie sentymentalny, emocjonalny, babski. Panowie, złaknieni
merytorycznych rozważań o kombinezonach, przelicznikach za wiatr,
statystykach, przyczynach długowieczności rzeczonego osobnika nie
mają czego szukać (skądinąd, pisałam o nich w komentarzu do
jakiegoś filmu na YT).
Ad rem. Za fankę Kasai uważam się od 4 lat.
Gdy debiutował w PŚ miałam 3 latka, więc nawet nie mam prawa tego
pamiętać, a zresztą chyba wtedy jeszcze Eurosportu PL nie było, a
o skokach przez cały sezon w TVP nie śnili nawet najwięksi
wizjonerzy. Mój Dziadek lubił tę, wówczas więcej niż niszową,
dyscyplinę i oglądał Turniej Czterech Skoczni, więc i mała Kasia
czasem się na to pogapiła :).Nie pamiętam też, jak Kasai zdobywał
MŚ w lotach w 1992r.
Nieco później zadurzyłam się w starych anime, emitowanych na
nieistniejącym już od dawien dawna kanale Polonia 1, zaczęłam
interesować się kulturą japońską, a że w tym samym czasie
wielkie sukcesy zaczęli odnosić skoczkowie z tego kraju, to im,
wobec mizerii naszych zawodników, kibicowałam żarliwie i gorąco,
wymachując przed telewizorem własnoręcznie nabazgraną flagą
Nipponu z nazwiskami zawodników (oczywiście w zapisie rōmaji), jak
gdyby to mogło cokolwiek dać :)).
Kasai nie istniał wtedy dla mnie. Farbował się na blond jak jakiś
pajac :D, a moje serce było zarezerwowane dla Funakiego, mistrza
stylu w locie i - co nie bez znaczenia dla dziewczęcia 12-letniego -
posiadacza przepięknego uśmiechu :)). Jeśli ktokolwiek z reszty
stawki miał dla mnie jakiekolwiek znaczenie, to byli to pozostali
członkowie kadry, zdobywającej medale w Nagano i na MŚ w Ramsau w
1999r.: wiecznie radosny Harada, Okabe czy Miyahira.Ba! Nawet nienawidziłam Noriego! Całe cztery godziny, bo potem doszłam do wniosku, że nie da się go nie lubić, a powodem było to, że w ostatnim konkursie sezonu 98/99 wyprzedził Funakiego w klasyfikacji generalnej, spychając go z przysłowiowego 'pudła'. Nie pamiętałam tego, przeglądany jakiś czas temu pisany we wczesnej nastoletniości dziennik mi to przypomniał, miałam dać fotę, ale bazgroliłam tak, że żaden retusz nie pomoże :D.
Internety w Polsce były wtedy w powijakach, to była droga impreza,
do której nie miałam dostępu, więc dopiero półtorej dekady
później dowiedziałam się, że w tamtym czasie Nori walczył z
rozpaczą po śmierci matki, która była mu szczególnie bliska
wskutek indyferentyzmu wychowawczego jego ojca i zmarła w rok po
pożarze ich domu, i z chorobą siostry (Kumiko odeszła po latach
walki z białaczką w 2016r.). Nie było wiadomo, czy nie rzuci
skoków w ogóle, z powodów finansowych.
Następne lata w skokach to dla mnie początek Małyszomanii i
zastanawianie się, gdzie podział formę Funaki, bo żal ogarniał
patrząc na to, co robi na skoczni, choć nigdy nie przestałam w
niego wierzyć, bo czy nie taki powinien być kibic? Jeszcze w 2003r.
udało się drużynie z nim i z Kasai w składzie zdobyć srebro
(Kasai także brąz indywidualnie), w 2005r. jeszcze ostatni raz, co
tu dużo mówić, przypadkowo udało się Funakiemu wygrać zawody PŚ
na dobrze znanym sobie obiekcie w Sapporo, i było po jego karierze.
Kolejna niemal dekada to zapaść japońskich skoków. Konkursy nadal
oglądałam, bo Małysz, wiadomo, ale gdy i ten odwiesił narty na
kołek, zaczęło się takie 'no obejrzę, co mam lepszego do
roboty, tyle lat przecież oglądam', ale emocji specjalnych to w
tym nie było. Widząc Nori na belce na początku każdego kolejnego
sezonu myślałam tylko: 'To on jeszcze skacze?' :)
I tak to trwało do styczniowego popołudnia 2014r., gdy leżałam
skacowana po swoich urodzinach, ale aż się uniosłam ze zdumienia
na wyrku widząc, że ten 41-letni wówczas Japończyk wygrywa
konkurs lotów narciarskich w Tauplitz - Bad Mitterndorf.
Emocje związane ze skokami wróciły do mnie miesiąc później, gdy
Stoch zdobył złoto, a Kasai srebro na IO w Soczi. Do reszty serce
na lewą stronę wywinął mi konkurs drużynowy, w którym skośnoocy
zdobyli brąz, a Kasai płakał przed kamerą ze szczęścia, że
mógł zdobyć medal wespół z Taku Takeuchi, który jeszcze na
początku roku leżał w szpitalu z rozpoznaniem eozynofilowego
ziarniniakowego zapalenia naczyń i jego występ w Rosji stał pod
dużym znakiem zapytania.
Facet po czterdziestce, przedstawiciel narodu, w którym publiczne
okazywanie emocji nie jest zbyt mile widziane, w którym to jemu,
jako nestorowi kadry, należy się największy szacunek i niemal
cześć, nie cieszył się z własnego osiągnięcia życia tak, jak
z sukcesu, po który sięgnął z chorym przyjacielem.
Czy trzeba większego dowodu, że to nie tylko świetny sportowiec
(choć, oczywiście, są więksi od niego w tej dyscyplinie), ale i
dobry człowiek? Zawsze pogodny, zadowolony, serdeczny, szanowany i
lubiany przez chyba wszystkich kibiców i zawodników. Przetrwał
wszystkie zawirowania życiowe i stał się inspiracją dla wielu
sportowców.
A dla mnie? Dla mnie jego obecność w zawodach jest radością, która na te kilkadziesiąt sekund czyni życie mniej złym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz