wtorek, 23 stycznia 2018

Trzy przepisy na zniszczenie przyjaźni

 1. Olej przyjaciela. Po prostu połóż na nim laskę.

     Nic nie jest łatwe, gdy masz 13 lat. Gdy jeszcze w dodatku jesteś z rocznika, który jako pierwszy pada ofiarą chorej reformy pt. 'gimnazjum', to już w ogóle.
     A do tego W. doświadczył w podstawówce poważnej szkolnej przemocy. To wszystko uczyniło go nastoletnim dziwakiem, nie umiejącym nawet mówić normalnie, tylko zwracającym się do mnie tak, jak gdyby był aktorem recytującym wyuczone kwestie. Doprowadzał mnie do szewskiej pasji swoim uwielbieniem dla Realu Madryt i ciężką niechęcią, na skraju nienawiści, dla Bayernu Monachium, któremu wówczas gorąco kibicowałam. W końcu jednak znaleźliśmy nić porozumienia; ja, tłusta kujonka i on, pryszczaty okularnik. Nawet nie pamiętam kiedy wylądowaliśmy w jedej ławce, ku uciesze klasowej gawiedzi, składającej się głównie z puszczalskich panienek i kandydatów na przyszłych alkoholików.
     Pomagałam mu nieco w nauce, on za moją sprawą chodził do nauczycielki (moja dysfunkcja w obszarze fizyki ujawniła się od pierwszego zetknięcia z przedmiotem :] ). Ile byśmy się nie droczyli, było dziwnie, gdy chorował i nie pojawiał się w szkole. Jak na kalekie, nastoletnie standarty, uważałam to za przyjaźń, ale myliłam się. Olał mnie, gdy tylko poszliśmy do liceów. Próbowałam jeszcze podtrzymywać kontakt, ale szybko zrozumiałam, że się narzucam.
     Widać nie byłam już potrzebna.

2. Obrażaj wartości drugiej strony

     Do dziś nie rozumiem, co zbliżyło mnie i A., z którą siedziałam w licealnej ławce, bo dzieliło nas niemal wszystko. Ja - szara mysz, kwintesencja brzydoty, kujonka, najchętniej bym była niewidzialna. Ona - ekstrawertyczka, świadoma swojej seksualności samica alfa, może nie jakaś piękność, ale powodzenie miała, do tego z bogatego domu, imprezowiczka. Obie byłyśmy co prawda bystre i zabawne, ale to nadal trochę mało. Może to litość z jej strony?
     Dzieliły nas także poglądy i długo nie dopuszczałam do siebie tej myśli, złakniona obecności kogoś, komu mogłabym się wypłakać w rękaw (przypominam, mówimy o latach niedojrzałych). Niby twierdziła, że szanuje moją wiarę, w końcu jednak miara się przebrała. Pół biedy, gdy na cały głos w klubie studenckim (nasza znajomość przetrwała ~ 10 lat) zapytała mnie, czy popieram obecność Krzyża na Krakowskim Przedmieściu (a wcale nie popierałam). Kiedy - mimo swojego antyklerykalizmu - zgodziła się być chrzestną dla dzieciaka któregoś ze znajomych i stwierdziła, że musi zrobić to 'pieprzone bierzmowanie', doszłam do wniosku, że chyba jednak samotność stanowi dla mnie lepsze towarzystwo.

3. Czepiaj się szczegółów i odpychaj od siebie ludzi

     M. poznałam na III roku studiów. Był tzw. 'spadochroniarzem', czyli osobą powtarzającą rok, co kompletnie nie stało w sprzeczności z jego oczytaniem na inne, niż poruszane na zajęciach tematy. Mimo dążenia do bycia pełnoprawnym intelektualistą nie zrażał do siebie, bo można z nim było pogadać też i o sporcie, i piwko wypić, pożartować, słowem - swój człowiek. Gdy jeszcze do tego okazało się, że tak jak ja w tamtym czasie lubi sobie wsiąść w wolnym czasie w autobus i pojechać na najodleglejsze zadupie Warszawy to myślałam, że tą znajomością wygrywam życie :').
     Zaczęliśmy spotykać się poza uczelnią i opowiadać sobie o swoich rodzinach. M. cierpiał na syndrom Dorosłego Dziecka Alkoholika i zapewne to odegrało niebagatelną rolę w tym, że równie szybko, jak się zbliżył, zaczął się ode mnie oddalać, twierdząć m. in., że go osaczam (wtf) i nie jest pewien, czy będzie umiał 'sprostać moim wymaganiom'.
     Jakbym miała prawo czegokolwiek od niego wymagać.
     Pierwszym drobiazgiem, jakiego się u mnie uczepił, była punktualność. Stwierdził przy znajomych z roku, że 'należałoby ją leczyć elektrowstrząsami' (mhm, jestem pamiętliwa). Po tym przestaliśmy się ze sobą kontaktować na 3 miesiące, co było o tyle prostsze, że były to wakacje. Ponieważ jednak czekał nas jeszcze rok wspólnego studiowania, a znajomość była dla mnie na tyle cenna, że chciałam dać szansę, wyciągnęłam rękę i jeszcze ten rok jakoś to było.
     Naszą 'przyjaźń' zakończył... Błąd ortograficzny/stylistyczny. M. dobrze już wiedział, że jestem grammar nazi i w pełni rozumiem, że to może irytować, ale co innego, gdyby mi to powiedział jakoś kulturalnie, a nie pisał w sms-ie, że ludzie gotowi mnie za to znienawidzić.

     Wnioski:

1) Dziwak przyciąga innych dziwaków.
2) Moja fobia w pewnym małym procencie nie jest pozbawiona racjonalnych podstaw.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz