Młodzi nie mogą pamiętać (no tak, bo ja już nie jestem młoda
;D), a i wyobrazić sobie pewnie trudno by im było, że w Polsce - i
nie mam na myśli komuny - mieliśmy czasy, gdy nie było osiedli
zamkniętych i strzeżonych. Ba! Nie było nawet domofonów!
Od czasu do czasu to wspomnienie wraca do mnie z tego to powodu, że
moim głównym zajęciem zarobkowym po studiach, że nie nazwę tego
pracą, było rozdawanie i roznoszenie ulotek. Wariant drugi, jeśli
ze zleceniodawcą się umówiło, że robię na akord, a teren
obfitował w wysokie bloki, był bardziej opłacalny i nie obwarowany
ramami czasowymi, co pozwalało się i wyspać, i przeczekać gdzieś
pod dachem ewentualne załamania pogody.
Gdyby i dziś nie było domofonów, a każde osiedle stało przed
ulotkarzem otworem, to z tego procederu możnaby spokojnie wyciągnąć
minimalną krajową, jeśli nie więcej. Kwestia zaangażowania /
pazerności, skreśl dowolne, oraz stawki od ulotki w skrzynce.
Oczywiście, musiały istnieć jakieś powody, dla których
urządzenia, zmuszające co wyższych mieszkańców, ich gości i
różnej maści domokrążców do pokornego schylania się w prośbie
o wpuszczenie do budynku zaistniały i rozpowszechniły się na
masową skalę. Najpewniej pierwszym z nich była obawa przed
złodziejami, ale nie tylko, bo ileż to się napatrzyłam na
drzwiach klatek na ogłoszenia od administracji, by nie wpuszczać
nieznajomych, bo bezdomni śpią na klatkach, czyniąc z nich
wychodek, bo tzw. element itp. Taki np. element, jak opisany poniżej.
Ktoś może powiedzieć, że redukuję tutaj dysonans poznawczy
związany z moją fobią, a prościej pisząc, po prostu się
pocieszam, że jednak mam jakiś pożytek z tego upośledzenia. Fakt
jest jednak niepodważalny - fobia społeczna uchroniła mnie przed
próbą wykorzystania seksualnego, jeśli nie wręcz przed gwałtem.
Kto wie jak wyglądam, mógłby śmiało ocenić mój zarzut o w/w
wobec kogolwiek za przejaw kompletnej utraty kontaktu z
rzeczywistością, brak choćby najmniejszego lusterka w mieszkaniu i
rozpasany narcyzm, jednak historia nie dotyczy czasów współczesnych,
a właśnie tych odległych, 'bezdomofonowych', gdy miałam 5 - 6 lat
i byłam wcale ładną dziewuszką o jasnych włosach i oczach.
Czy z braku lepszego zajęcia bawiłam się jeżdżeniem windą tam i
z powrotem, czy też wracałam od rówieśnika, mieszkającego piętro
wyżej, nie pamiętam. Natomiast do dziś pamiętam nieznajomego
faceta - a więc nikt z sąsiadów - z brodą, w białej koszulce i
białych szortach, nęcącego mnie obietnicą 'pokazania czegoś
ciekawego'. Wiele dzieciaków, z natury ufnych, pewnie by się
skusiło. Ja bez zastanowienia uciekłam do mieszkania.
Teraz spece mówią, że FS ujawnia się w okresie dojrzewania. Cóż,
albo szybciutko dojrzałam, albo jestem niezwykła ;/ ...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz