Kilka dni temu rozpętała się mała gównoburza na Twitterze, a
wszystko zaczęło się od #niejestemfeministką. No, ja też nie
jestem, chociaż nie do końca jestem przekonana, że panie, które
wymyśliły tę akcję, odnoszą się do feminizmu w jego pierwotnej,
niewypaczonej formie. Raczej do feminazizmu, może tego nie
rozróżniają, not my buisness.
W każdym razie, postępowe samice alfa spod znaku czarnej parasolki
rzuciły się na swe oponentki z zajadłą wręcz nienawiścią, więc
nie wzięłam udziału w dyskusji, bo najpewniej za chwilę bym się
dowiedziała, że powinnam w trybie natychmiastowym przstać nosić
spodnie, urodzić pięcioro dzieci, zwrócić państwu pieniądze
wyłożone na moją edukację i przykuć się w kuchni łańcuchem.
Bo przecież świat jest czarno - biały i nie ma nic pomiędzy
skrajnościami. To niemożliwe przecież, żebym nie chciała ani
poświęcić swojego życia wypruwaniu żył w korpo, mierząc złym
wzrokiem faceta przepuszczającego mnie grzecznie w drzwiach i
pokazując całemu światu, jaka to jestem silna, ani utonięciu w
pieluchach i wymiocinach, uprzednio za cel swej egzystencji obejmując
znalezienie kogoś, kto łaskawie zechce mnie zapłodnić.
Hej, to może mnie nie ma? Niee, to by było zbyt piękne... W każdym
razie dość to smutne, że zwolenniczki 'postępu' i 'tolerancji'
nie mają jej dość, by uszanować odmienne zdanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz