czwartek, 15 lutego 2018

Feminazizm i poszukiwanie tożsamości

      Kilka dni temu rozpętała się mała gównoburza na Twitterze, a wszystko zaczęło się od #niejestemfeministką. No, ja też nie jestem, chociaż nie do końca jestem przekonana, że panie, które wymyśliły tę akcję, odnoszą się do feminizmu w jego pierwotnej, niewypaczonej formie. Raczej do feminazizmu, może tego nie rozróżniają, not my buisness.
      W każdym razie, postępowe samice alfa spod znaku czarnej parasolki rzuciły się na swe oponentki z zajadłą wręcz nienawiścią, więc nie wzięłam udziału w dyskusji, bo najpewniej za chwilę bym się dowiedziała, że powinnam w trybie natychmiastowym przstać nosić spodnie, urodzić pięcioro dzieci, zwrócić państwu pieniądze wyłożone na moją edukację i przykuć się w kuchni łańcuchem.
     Bo przecież świat jest czarno - biały i nie ma nic pomiędzy skrajnościami. To niemożliwe przecież, żebym nie chciała ani poświęcić swojego życia wypruwaniu żył w korpo, mierząc złym wzrokiem faceta przepuszczającego mnie grzecznie w drzwiach i pokazując całemu światu, jaka to jestem silna, ani utonięciu w pieluchach i wymiocinach, uprzednio za cel swej egzystencji obejmując znalezienie kogoś, kto łaskawie zechce mnie zapłodnić.

     Hej, to może mnie nie ma? Niee, to by było zbyt piękne... W każdym razie dość to smutne, że zwolenniczki 'postępu' i 'tolerancji' nie mają jej dość, by uszanować odmienne zdanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz