Czasy, gdy do sąsiadki chodziło się po tę przysłowiową szklankę
cukru chyba już minęły, co wnoszę po statystykach mówiących,
ile to jedzenia wyrzucają Polacy i po widokach kolejek do kas w
przeddzień jednodniowego (sic!) zamknięcia sklepów z powodu
jakiegoś święta. Podlewanie roślinek można zostawić znajomemu
lub rodzinie albo zainstalować jakiś taki cud myśli technicznej,
że tam same będą piły, gdy człowiek wyjeżdża na urlop czy w
delegację. Staromodne rady, które w dzieciństwie wyczytywałam w
babskich pismach, typu: 'poproś sąsiada, by wyciągał ulotki z
twojej skrzynki gdy wyjeżdżasz, by potencjalny złodziej nie
zorientował się, że nie ma cię w domu' też się raczej
zdezaktualizowały w dobie domofonów, ochrony w budynkach i krat
wokół osiedli, a zresztą, często nie znamy w dużych miastach
swoich sąsiadów, więc nie ma pewności, że wraz ze zbędną
reklamą nie zniknąłby ważny list czy rachunek.
I ja nic nie mam do takiej sąsiedzkiej obojętności, opartej na
zasadzie 'żyj i daj żyć'. Niestety, ludzie mieszkający w moim
średniej wysokości bloku (a więc jest ich trochę), mają inne
zdanie.
Pierszwszy z brzegu przykład - tleniona blondyna z odrostami w
średnim wieku, plotkara jakich mało i doskonała ilustracja tezy,
że 'człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy'.
Gdy tylko dostrzeże potencjalną ofiarę, to w którym miejscu
mieszkania bym nie była, zawsze usłyszę jej wrzaskliwe 'dzieeeeeń
dooobryyy!'. Nie przepuści nikomu, więc unikam jej jak mogę, co
jest o tyle łatwiejsze, że mieszkam na parterze i jak widzę (a
częściej słyszę), że akurat wychodzi albo wraca, poświęcę tę
minutę, byle nie mieć z nią do czynienia i nie musieć słuchać o
jej dzieciach/wnuku/psach...Wczoraj popłudniu smażę sobie pączki,
a ta wychodzi i chyba specjalnie, zamiast jak człowiek, zejść
schodami, to zeszła zjazdem dla wózków głośno narzekając na
smród smażonego tłuszczu...Raz w roku, no, faktycznie skandal. Ja
nie narzekam, kiedy jej chamski śmiech niosący się z jej kuchni
słychać w mojej co kilka dni...
Następny agent, typ 'jestem szczęśliwy i wszyscy muszą to
wiedzieć, hej, czemu jesteś taki smutny?'. Nieustająco
wypytuje mnie, czy mam już pracę, jakby to była jego sprawa.
Kiedyś, kompletnym przypadkiem, zobaczyłam go w telewizji
śniadaniowej, skąd też wiem, że jest mówcą motywacyjnym.
Czyli goli frajerów, ja zaś od motywowania się do czegokolwiek
jestem tak odległa, jak od konwersji na Latającego Potwora
Spaghetti.
Kolejna sąsiadka zmierzyła potępiającym spojrzeniem okno mojej
kuchni, gdy odważyłam się o 21.00 użyć młynka do kawy.
Jeszcze inni mają wilczura, przepiękne, zadbane psisko, teraz już
wiem, że dla ludzi niegroźne, bo go parę razy głaskałam, mimo,
iż ogólnie trochę boję się psów przez zdarzenie z dzieciństwa,
ale jeszcze tego nie wiedziałam, gdy któregoś razu wychodziłam z
bloku, a on tylko sobie znanym sposobem pokonał w ułamku sekundy,
głośno ujadając, przestrzeń między windą a wyjściem z klatki.
W tamtej sekundzie byłam pewna, że mu odbiło i leci mnie pogryźć
:P. Na szczęście leciał do swego wroga, labradora, którego
podobno kiedyś ugryzł. Bo wilczur nie zawsze gania w kagańcu, a na
smyczy to już w ogóle od święta.
W takiej zgrai najmniejszym problemem są weseli wieczni studenci,
których czasami i o 4 rano słyszę wykonujących w upojeniu
'Parostatek' Krawczyka...
I jak tu lubić ludzi? Ktoś mógłby powiedzieć, że taki to urok
blokowiska, ale jakoś ja zawsze staram się nikomu nie
przeszkadzać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz