czwartek, 8 lutego 2018

Jak dobrze (nie) mieć sąsiada

      Czasy, gdy do sąsiadki chodziło się po tę przysłowiową szklankę cukru chyba już minęły, co wnoszę po statystykach mówiących, ile to jedzenia wyrzucają Polacy i po widokach kolejek do kas w przeddzień jednodniowego (sic!) zamknięcia sklepów z powodu jakiegoś święta. Podlewanie roślinek można zostawić znajomemu lub rodzinie albo zainstalować jakiś taki cud myśli technicznej, że tam same będą piły, gdy człowiek wyjeżdża na urlop czy w delegację. Staromodne rady, które w dzieciństwie wyczytywałam w babskich pismach, typu: 'poproś sąsiada, by wyciągał ulotki z twojej skrzynki gdy wyjeżdżasz, by potencjalny złodziej nie zorientował się, że nie ma cię w domu' też się raczej zdezaktualizowały w dobie domofonów, ochrony w budynkach i krat wokół osiedli, a zresztą, często nie znamy w dużych miastach swoich sąsiadów, więc nie ma pewności, że wraz ze zbędną reklamą nie zniknąłby ważny list czy rachunek.
     I ja nic nie mam do takiej sąsiedzkiej obojętności, opartej na zasadzie 'żyj i daj żyć'. Niestety, ludzie mieszkający w moim średniej wysokości bloku (a więc jest ich trochę), mają inne zdanie.
     Pierszwszy z brzegu przykład - tleniona blondyna z odrostami w średnim wieku, plotkara jakich mało i doskonała ilustracja tezy, że 'człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy'. Gdy tylko dostrzeże potencjalną ofiarę, to w którym miejscu mieszkania bym nie była, zawsze usłyszę jej wrzaskliwe 'dzieeeeeń dooobryyy!'. Nie przepuści nikomu, więc unikam jej jak mogę, co jest o tyle łatwiejsze, że mieszkam na parterze i jak widzę (a częściej słyszę), że akurat wychodzi albo wraca, poświęcę tę minutę, byle nie mieć z nią do czynienia i nie musieć słuchać o jej dzieciach/wnuku/psach...Wczoraj popłudniu smażę sobie pączki, a ta wychodzi i chyba specjalnie, zamiast jak człowiek, zejść schodami, to zeszła zjazdem dla wózków głośno narzekając na smród smażonego tłuszczu...Raz w roku, no, faktycznie skandal. Ja nie narzekam, kiedy jej chamski śmiech niosący się z jej kuchni słychać w mojej co kilka dni...
     Następny agent, typ 'jestem szczęśliwy i wszyscy muszą to wiedzieć, hej, czemu jesteś taki smutny?'. Nieustająco wypytuje mnie, czy mam już pracę, jakby to była jego sprawa. Kiedyś, kompletnym przypadkiem, zobaczyłam go w telewizji śniadaniowej, skąd też wiem, że jest mówcą motywacyjnym.
     Czyli goli frajerów, ja zaś od motywowania się do czegokolwiek jestem tak odległa, jak od konwersji na Latającego Potwora Spaghetti.
     Kolejna sąsiadka zmierzyła potępiającym spojrzeniem okno mojej kuchni, gdy odważyłam się o 21.00 użyć młynka do kawy.
     Jeszcze inni mają wilczura, przepiękne, zadbane psisko, teraz już wiem, że dla ludzi niegroźne, bo go parę razy głaskałam, mimo, iż ogólnie trochę boję się psów przez zdarzenie z dzieciństwa, ale jeszcze tego nie wiedziałam, gdy któregoś razu wychodziłam z bloku, a on tylko sobie znanym sposobem pokonał w ułamku sekundy, głośno ujadając, przestrzeń między windą a wyjściem z klatki. W tamtej sekundzie byłam pewna, że mu odbiło i leci mnie pogryźć :P. Na szczęście leciał do swego wroga, labradora, którego podobno kiedyś ugryzł. Bo wilczur nie zawsze gania w kagańcu, a na smyczy to już w ogóle od święta.
     W takiej zgrai najmniejszym problemem są weseli wieczni studenci, których czasami i o 4 rano słyszę wykonujących w upojeniu 'Parostatek' Krawczyka...

     I jak tu lubić ludzi? Ktoś mógłby powiedzieć, że taki to urok blokowiska, ale jakoś ja zawsze staram się nikomu nie przeszkadzać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz