niedziela, 8 kwietnia 2018

Prywatność? Jaka prywatność?

     Chwilę mnie nie było, ale kogo to obchodzi...Tak jak pisałam, tydzień w tydzień tracę godność raz w UP, a drugi raz na rozmowie o staż, z której nic nie wynika...

     Nie mam - i nic nie wskazuje póki co na to, abym miała mieć - konta na Facebooku. Prawda o genezie tego niebytu jest taka, że nie mam niczego, czym mogłabym obiektywnie lub chociaż tylko w swoim subiektywnym mniemaniu się tam chwalić. Pozytywny efekt uboczny tego stanu rzeczy jest taki, że moje dane nie wpadają w łapy Zuckerberga, aczkolwiek uważam, że są one warte tyle, co moje życie, czyli baaardzo mało. Jednak ktoś postronny mógłby uznać, że dobrze dbam tym samym o swoją prywatność.
     Jest jednak ktoś, przed kim obronić jej nie sposób, i nie jest to żadna żądna komercyjnego zysku korporacja, ale Potwór.
     Już dawno dawno temu oznajmiła mi, że matka i córka nie powinny mieć przed sobą żadnych tajemnic. Takie sformułowanie zagadnienia zakłada obustronność, więc, niewiele myśląc poprosiłam, by ujawniła mi swoją wagę. Trafiłam w punkt; momentalnie się okazało, że w tym tandemie tylko ja nie mam prawa zachować nic dla siebie. Niech tylko usłyszy, że dostałam SMS-a, a zaraz zaczynają się pytania kto i czego chce, na które brak odpowiedzi skutkowałby fochem. Prywatność to dla niej libertyńsko - komunistyczny wymysł, abstrakcja i nowomodna aberracja. Oczywiście, tylko jeśli nie dotyczy jej.
     Ostatnio wymieniłam nr telefonów ze znajomkiem z Kurnika i nawet ucieczka do kuchni nie obroniła mnie przed podsłuchiwaniem, co sprawiło, że jaśnie pani ciężko się obraziła za kilka słów prawdy, których w szczerej rozmowie ani myślałam zataić przed rzeczonym kolegą.

     Fakt, że foch w oczywisty sposób odsłania jej podsłuchiwanie, w niczym jej nie przeszkadza. Przecież jest doskonała...I teraz weź i wytłumacz człowiekowi, że nie możecie rozmawiać jak ludzie, bo jakaś spierdolina z tobą mieszka...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz