'Zamieniłem swoje życie na czekanie' -
głoszą słowa pewnej piosenki, aczkolwiek tam, tuszę, chodziło o,
mówiąc krótko, zaliczenie samicy. Moje życie zmieniło się w
czekanie na szeroko pojętą ulgę.
Czekanie na to, aż plotkarze wyjdą z
biurowej kuchni i będę mogła w spokoju zjeść drugie śniadanie i
umyć szklankę po kawie. Czekanie na fajrant, na piątek, by móc
posiedzieć w necie bez ciągłego kontrolowania zegarka, bo trzeba
się wczreśnie położyć. Czekanie na sobotę, by móc się
wreszcie wyspać. Na mecz, na skoki, w kolejce do kasy, na autobus,
na uruchomienie komputera. Na stosowny moment, by się napić.
Nie tak miało być. Cieszyłam się na to
lato. Byłam przekonana, że gdy zacznę pracować, mieć hajs, moje
życie się zmieni. Był to wniosek wysnuty na podstawie doświadczeń
- gdy kilka lat temu nieźle zarabiałam na ulotkach, pojawiły się
we mnie wyższe potrzeby, niż tylko się nażreć i wyspać. Bywałam
w muzeach, jeździłam po miastach, czytałam książki, kupowałam
różne pierdutle do mieszkania.
Teraz na niczym mi nie zależy. Jasne, to
super sprawa nie musieć oglądać każdej złotówki z każdej
strony, ale nie mam nawet siły zwlec się nad jezioro w weekend,
choć z radością czekałam na początek sezonu pływackiego.
Zaczynam wątpić, czy wystarczy mi chęci, by wybrać się w
upragnioną podróż do Wrocławia. Potwór by się ucieszył...
Serio te kilka lat zrobiło dla mojego
organizmu aż taką różnicę?
Jak chyba każdy średnio rozwinięty
umysłowo człowiek, zastanawiałam się nad sensem swojego isnienia.
Jedyna racjonalna odpowiedź, jaka mi się napatoczyła, to służenie
potworowi, ale to trochę mało. To bardzo mało, tym bardziej, że
ona na to nie zasługuje. A gdzie coś dla mnie? Kościół mówi, że
cierpienie ma sens, ale niestety, to mnie nie przekonuje. Tak ma być
do końca?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz