Historię Adriana opisuję za jego wiedzą i zgodą, jednak na jego prośbę nie podaję miast i nazwiska.
Adi urodził się w 2005r. i szybko boleśnie zderzył się z okrucieństwem, jakie może spotkać człowieka w życiu. Zarówno on, jak i jego mama byli bici i poniżani słownie przez ojca chłopca, a on sam był też przez zwyrodnialca molestowany seksualnie. W końcu kobieta nie wytrzymała i uciekła z synem od oprawcy do innego dużego miasta. Niestety, zachorowała na białaczkę i gdy Adrian miał 13 lat, zmarła.
Chłopiec był przy niej w chwili śmierci, co z pewnością źle wpłynęło na jego i tak już wystawioną na ciężką próbę psychikę.
Ojcu odebrano prawa rodzicielskie, więc Adi trafił do Domu Dziecka, jednak na krótko, bo został adoptowany przez jakąś kobietę, która najwyraźniej upatrywała w tym źródła łatwego zarobku. Dość powiedzieć, że karmiła go... Zupkami chińskimi.
Dorastającego chłopca. Zupkami chińskimi.
Nieraz też go uderzyła, a przemoc słowna była na porządku dziennym. Jasne, żaden nastolatek nie jest świętoszkiem i Adi też problemy sprawiał, ale nie oznacza to, że zasłużył na bicie. Baba rozpętała awanturę, gdy zrobiłam mu zakupy spożywcze z dostawą do domu. W końcu wrócił do „bidula”.
Zarówno tam, jak i w szkole był bity i poniewierany przez inne dzieciaki. Traumatyczne przeżycia popchnęły go do myśli samobójczych, okaleczania się żyletkami, ataków gniewu i bicia głową w ścianę, czego skutki odczuwa do dziś choćby w postaci problemów z pamięcią i dużego roztargnienia, często też gubi rzeczy. Wielokrotnie pisał mi: „Chcę do mamy”. Zachowanie ojca zaszczepiło w nim silny lęk przed mężczyznami, do tego stopnia, że nie pozwoli się zbadać lekarzowi-mężczyźnie, a gdy zaprosiłam go na kilka dni na ferie zapytał, czy mój współlokator nie będzie na niego krzyczał i bił go. Po powrocie do Domu Dziecka zastał swoje ubrania i buty zniszczone, a zdjęcie matki podarte. Sama nieraz czułam potworną bezsilność wobec jego losu, a co dopiero on, dorastający dzieciak?
Bałam się, a wręcz byłam przekonana, że zacznie, o ile już nie zaczął, szukać ukojenia w prochach i alkoholu, ale, o dziwo, nie miało to miejsca. Może ze względu na stan zdrowia, o czym później.
Poznałam go, gdy miał 14 lat, na jednym z portali z grami. Początkowo sprawiał wrażenie zwykłego nastolatka, nie skarżył się, mieliśmy swoje kilkuosobowe grono, w którym miło spędzaliśmy czas online. Z czasem jednak towarzystwo wykruszyło się, a chłopak zaczął się przede mną otwierać i tak zostałam przyszywaną ciocią. Pomagałam mu w lekcjach, wspierałam dobrym słowem, w końcu zaczęłam pomagać finansowo. Na buty, na kwiaty na grób mamy, na kino ze szkołą. Adi nigdy nie poprosił mnie o pieniądze, to była moja inicjatywa. Sam też próbował dorobić chwytając się dorywczych zajęć typu roznoszenie ulotek, ale nieraz nie otrzymał całego obiecanego zarobku, a nawet w ogóle, bo przecież jako nieletni pracował na czarno.
W zdobyciu funduszy na swoje potrzeby przeszkadzał też stan zdrowia. Adi urodził się jako wcześniak i kilka razy w roku trafia do szpitala. Ropne zapalenia zatok, ciężkie zapalenia płuc. Jakby tego było mało, przypałętały się problemy z trzustką i guzy na nerkach, w których kosztownym leczeniu, gdy jeszcze mogłam, też uczestniczyłam finansowo. Chłopak ma też poważną wadę wzroku.
Oczywiście na początku towarzyszyły mi wątpliwości, czy aby chłopak nie robi mnie w konia, czy nie znalazł sobie frajerki, która za nic przesyła mu pieniądze, które on potem wydaje na duperele. Postanowiłam do niego pojechać, spędzić z nim kilka godzin na mieście, gdy jeszcze mieszkał u tamtej kobiety. Przynajmniej w kwestii żywieniowej przekonałam się, że nie kłamał – gdy go przytuliłam na powitanie, mogłam wyczuć każde żebro i każdy kręg kręgosłupa. Rozpłakał się, kiedy kupiłam mu kurtkę.
We wrześniu Adi skończył 18 lat. Mając ojca, nie mógł pozostawać dłużej w „bidulu” nawet, gdyby się dalej uczył, a i tak szkołę porzucił. Powiedział, że woli żyć na ulicy, niż do niego wrócić, i tak zrobił.
Adi jest bezdomny. Nie namawiam go na próbę skorzystania z noclegowni, bo sama nie chciałabym się znaleźć w takim miejscu. Co miał, sprzedał, zostawił sobie tylko tablet, który ładuje mu jakaś dobra dusza w kiosku na dworcu, bo nie chce stracić ze mną kontaktu.
Próbuje znaleźć pracę, ale na wieść, że nie ma domu, potencjalni pracodawcy reagują odmową. Dawni koledzy zapadli się nagle pod ziemię, dziewczyna odeszła...
Opieka społeczna przyznała mu na jedzenie 100zł.
Słownie: sto złotych.
Zdecydowałam się opisać tę historię i prosić Was o jakąkolwiek pomoc materialną dla Adriana, ponieważ w tej chwili ja sama nie mogę go wesprzeć. Nie mam pracy. Ja sobie poradzę, ale on? Idzie zima... Pomysły na wyjście z tej strasznej sytuacji i modlitwa także bardzo mile widziane.
Nie mamy żadnych dokumentów czy czegokolwiek, co mogłoby potwierdzić prawdziwość moich słów, dlatego oficjalna zrzutka w sieci odpada. Jeżeli Ty także nie dowierzasz, jest to dla mnie w pełni zrozumiałe.
Jeśli jednak zechcesz pomóc, napisz do mnie DM na Twitterze.
Dziękuję za Twój czas poświęcony na przeczytanie tego posta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz