Takowemu już w tym mijającym tygodniu zaczęła
podlegać moja nadzieja, wyrażona w ostatnim akapicie poprzedniego
wpisu. Tak, byłoby zbyt pięknie...
W czwartek nawiedziła nas sama pani prezes.
Choć ostrzeżono mnie, że jest osobą nie
pierdolącą się w tańcu, nadal jestem zdumiona, że można być
tak wścibskim, w dodatku wobec nowo poznanej osoby. Wykorzystywanie
swojej pozycji to chamstwo czystej wody. W ciągu 5 min wypytała
mnie, czy jestem stanu wolnego (sic!), ile mam lat, ile rodzeństwa,
czy rodzice żyją (sic!), czy nie pracowałam tak długo, bo mi się
nie chciało (tak idiotko, na pewno odpowiem 'tak'), a gdy
powiedziałam, że studia kończyłam na UKSW dopytała, czy jestem
bradzo wierząca. Typowe prostackie myślenie, że jak kogoś uczyli
księża, to musi być pobożny, jakby nie chodziło o to, że to
poprostu słabsza uczelnia niż UW i łatwiej tam się dostać.
Zresztą, wszyscy ojcowie socjologii byli z Kościołem na bakier,
ale mniejsza o to... Na koniec stwierdziła, że się jej bardzo
podobam, co niby jest dobre, pokrzepiające i wróży mojej
przyszłości w firmie, tym bardziej, że moja szefowa wystawiła mi
ładną laurkę w rozmowie z prezeską, ale z drugiej strony, jeśli
przypadasz do gustu niewychowanemu dziwakowi, to o czym to świadczy?
^^
Co do D., to takie myśli o niej pojawiły się
u mnie już wcześniej, ale nie chciałam wyciągać pochopnych
wniosków. Dziewczyna jest głupiutka, w nieagresywny, nieszkodliwy
sposób, ale jednak. Włożenia w dniu wizyty pani prezes obcisłej,
ledwie zakrywającej pośladki mini nawet nie skomentuję.
B. wkurwia mnie już do żywego. A to
skomentuje moją beżową szminkę, mówiąc, że ona nie lubi takich
kolorów, bo woli np. fioletowy (facepalm), a to rzuci tekstem, że
'nie można znaleźć na te staże nikogo normalnego', a
wczoraj dała mi burę, bo ośmieliłam się pod nieobecność
szefowej i nie mając żadnej bardzo pilnej pracy (sama ją
poprosiłam o jakieś zadania, bo inaczej przebimbałabym cały dzień
grzebiąc w sieci) wyjść do sklepu, ale dalszego, gdzie jest
taniej, na 25 min, a nie do osiedlowego na 5 min i jej to niby nie
przeszkadza, ale gdybym zrobiła coś takiego przy pani prezes albo
wiceprezes... No, ma mnie za kretynkę.
Którą sama jest.
Jak całe biuro 2h śmiga po stronach nt.
turystyki planując wypad nad morze zamiast pracować, to to jest ok,
tak?
M. obraża moje uczucia religijne. Jeszcze na
to za wcześnie, ale mam taką cichą nadzieję, że może kiedyś
zbiorę się na odwagę, by zwrócić mu uwagę.
Na szczęście K. nadal okazuje się być
bardzo sympatycznym młodzieńcem. Rzucił pomysł, by któregoś
weekendu wybrać się pograć w siatkówkę i to jest dla mnie strzał
w dychę, bo uwielbiam grać, a nie robiłam tego od czasów
studenckiego wf-u.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz